CIEKAWOŚĆ POZNAWCZA NASZYCH DZIECI I UCZNIÓW 

–KILKA REFLEKSJI DLA RODZICÓW,
KILKA WSKAZÓWEK DLA NAUCZYCIELI

    Dlaczego mrówki noszą patyki do mrowiska? Czy po słońcu można by było chodzić? Co to jest „smutno”? Jak to się dzieje, że anioły mają skrzydła i ręce? A jak ptaki tak szybko latają, to nic im nie  wpadnie do oka?

Zaskakujący w swym bogactwie i treści jest repertuar pytań, jaki do nas- dorosłych- kierują dzieci, odkąd nauczą się budować całe zdania.
W każdym dziecku tkwi naturalna ciekawość świata, która umożliwia mu oswojenie się z tym, co je otacza od zaledwie kilku lat. W ciekawości tej wyraża się także zachwyt i oczarowanie różnorodnością rzeczy i zjawisk, które objawiają się dookoła. Nie sposób nie zobaczyć wtedy w naszych dzieciach i uczniach małych odkrywców, którzy pragną dowiedzieć się wszystkiego co tylko można o świecie. Ci mali naukowcy zbierają kamyki, łapią owady, zaglądają przez dziurki od klucza, rozkładają zabawki na części pierwsze, żeby dowiedzieć się, co jest w środku. 

    Krótko mówiąc, wszystkie dzieci chcą się uczyć o świecie. Na pierwszy rzut oka doskonałe wydaje się być zatem to, że istnieje instytucja szkoły, której głównym zadaniem ma być umożliwienie dziecku zdobycie tej wiedzy. Szkoda tylko, że- paradoksalnie!- dzieci w szkole niejednokrotnie przestają chcieć się uczyć. To, co kiedyś było dla nich czystą przyjemnością, nagle staje się tylko przykrym obowiązkiem. Zapytać zatem można, skąd ten paradoks. Dlaczego nasi mali naukowcy w szkole przestają chcieć zadawać pytania?
Odpowiedzi z pewnością znalazłoby się wiele. Prawdopodobnie samo poczucie obowiązku skutecznie zniechęca dzieci do nauki. Wcześniej przecież zdobywały wiedzę o tym, o czym chciały i wtedy, kiedy tylko chciały. Teraz muszą uczyć się tego, co mają zadane w szkole. Jako zadanie domowe dostają na przykład stworzenie albumu leśnych roślin, choć dużo chętniej akurat zajęłyby się bratkami zerwanymi w babcinym ogródku. Nie należałoby jednak przecież w tym miejscu krytykować takiego modelu edukacji. Gdybyśmy jako nauczyciele mieli polegać na indywidualnych i chwilowych zainteresowaniach swoich uczniów, to, po pierwsze, nie zdołalibyśmy poruszyć tematów tych zainteresowań ze względu na liczbę dzieci w klasie. Po drugie zaś, co bardzo ważne, utrudnilibyśmy swoim uczniom  dyscyplinowanie ich młodych umysłów oraz rozbudzanie w nich trwałych zainteresowań. Zmiana tego modelu edukacji mogłaby zatem przynieść inne trudności wychowawcze.
    Wróćmy zatem jeszcze raz do problemu niechęci dzieci do zdobywania wiedzy w szkole, poszukajmy innej
z możliwych odpowiedzi i spróbujmy znaleźć sensowne rozwiązanie. Dlaczego dzieci w szkole przestają się pytać
o świat?
W zgodzie ze swoimi obserwacjami oraz z  badaniami psychologów odpowiedziałabym przede wszystkim tak: w szkole dzieci mają bardzo mało okazji do zadawania pytań (!). Nie sposób odmówić tej odpowiedzi tego, że zgodna jest z realiami panującymi w szkole. Sami, jako rodzice i nauczyciele, mamy wyobrażenie szkoły jako miejsca, w którym zadaje się uczniom pytania, a ucznia jako tego, który na te pytania odpowiada. Po powrocie dziecka ze szkoły jesteśmy my- rodzice bardziej skłonni do tego, by zapytać je, o co dzisiaj pytał nauczyciel niż do tego, by zapytać, o co pytało nauczyciela nasze dziecko.
    Czy można coś z tym fantem zrobić? Oczywiście, że tak - tym bardziej, że ani nie obniży to poziomu edukacji, ani nie zabierze dużo czasu z lekcji (o który tak dbamy jako nauczyciele, odkąd sumiennie musimy realizować określone programy edukacyjne), a raczej przynieść może wiele korzyści dla naszych uczniów, którzy znowu będą mogli wcielić się w rolę poszukiwaczy wiedzy.
    Jak to zatem zrobić? W tym miejscu podam jedno konkretne rozwiązanie dla nauczycieli, które kosztuje a) zero złotych i b) niewiele czasu. Mianowicie, na początku każdej (lub przynajmniej co drugiej) lekcji po podaniu tematu zajęć pozwólmy dzieciom zadać własne pytania do tego tematu. Przykładowo, jeśli temat zajęć z przyrody brzmi: „Chronione rośliny w Polsce”, nauczyciel może zapytać uczniów o to, czego chciałyby się najbardziej dowiedzieć o polskich chronionych roślinach. Następnie zapisuje postawione pytania na tablicy lub na dużej kartce, podpisując imionami dzieci, które je zadały. Przed przystąpieniem do głównej części zajęć, nauczyciel daje dzieciom znać, że na niektóre pytania odpowiedź uzyskają w czasie lekcji, na niektóre zaś (o ile zechcą) mogą poszukać odpowiedzi, sięgając do innych źródeł wiedzy poza czasem zajęć. Ale które to będą pytania- o tym dowiedzą się już w trakcie!
    Jakie korzyści niesie wprowadzenie tej prostej metody do zajęć? Po pierwsze, już od samego początku mobilizujemy dzieci do „bycia w centrum” naszego tematu. Po drugie, zostaje pobudzone twórcze myślenie naszych uczniów; wprowadzeni zostają oni w rolę wynalazcy, odkrywcy. Tym razem bowiem stawiamy pytanie: „Czego jeszcze nie wiesz o danej rzeczy?”. Dzieci będą musiały ponadto trochę pogłówkować, żeby postawić inne problemy naukowe niż ich koledzy. Po trzecie (bardzo ważne!), uczniowie utrzymywani są w stanie zaciekawienia przez całe zajęcia, bowiem czekają na to, na czyje pytania nauczyciel da odpowiedź w trakcie lekcji! Czy to nie jest proste???
Można, oczywiście, znaleźć wiele innych sposobów na pobudzanie ciekawości poznawczej naszych uczniów i naszych dzieci. Pozostawiam poszukiwanie tych sposobów inwencji własnej rodziców i nauczycieli.
Kończąc, proponuję jeszcze przypomnieć sobie pewną złotą myśl intuicyjnie przez nas wszystkich zapewne podzielaną. Owa myśl głosi, że najgłębiej zaciekawić kogoś daną sprawą czy rzeczą może ten, kto sam jest nią zaciekawiony. Zadbajmy więc najpierw my, dorośli, o pielęgnowanie własnej ciekawości świata.



                                                                                          
                                                                                            
Monika Chylińska;

psycholog Instytut Efektywnej Nauki i Rozwoju